Start w Barcelonie miałem w planach jeszcze zanim zacząłem trenować triathlon. W 2015 roku założyłem się z kolegą z pracy z Costa Rica, że dam radę przygotować się do IM 70.3 w ciągu niecałych dwóch lat. On już miał na koncie 2 starty na połówkach. Umówiliśmy się, że sprawdzimy swoje siły w Barcelonie, która wypadała nam akurat w połowie drogi. Ja ruszyłem z treningami pod koniec 2015, on trochę mniej się przykładał i jak się później okazało na Barcelonę zostałem zapisany sam 🙂 , ale nie ma tego złego.

Kiedy już wiedziałem, że ścigam się tylko ze sobą i swoim wynikiem z Gdyni 2016, przyjąłem, że będzie to start czysto treningowy i taka kontrola przed właściwym sezonem. Przy okazji połączony z kilkoma dniami w miłych okolicznościach przyrody. Jednak im bliżej startu tym bardziej zaczynałem się przejmować i traktować zawody poważniej. Obóz treningowy w Szczyrku (o którym pisałem tutaj), dał mi już pewien przedsmak jak to jest jeździć po górach i wiedziałem, że nie będzie łatwo. Z drugiej strony przypadkowo powstał całkiem dobry plan – zacząć sezon od bardzo trudnych zawodów, a potem będzie już tylko łatwiej (przynajmniej taką mam nadzieję).

 

Po dotarciu do Calleli od razu czuć było sportową atmosferę, na drogach zawodnicy na czasówkach, na chodnikach zawodnicy z walizkami rowerowymi, na plaży nikt się nie kąpał bez pianki, innymi słowy wyścig zbrojeń przed Ironman 70.3 Barcelona trwał w najlepsze.

Moim pierwszym wyzwaniem było skręcenie roweru po wypakowaniu go z walizki rowerowej. Nie wiem jak to jest, ale zawsze dużo łatwiej jest coś rozłożyć na części niż później złożyć w całość 🙂 . Na szczęście moi wierni kibice Justyna i Marcin nie zawiedli i wspólnymi siłami już po 2 godzinach bezkształtna masa opakowana w folię bąbelkową znowu wyglądała jak mój rower (co więcej ku naszemu zdumieniu nie pozostały nam żadne części luzem 😉 ). Pierwszy dzień zakończony sukcesem.

Drugiego dnia rano (sobota), krótkie (45 minut) swobodne rozbieganie, lekkie śniadanie i czas sprawdzić, czy rower jeździ nadal tak samo dobrze jak wygląda. Nie planowałem jakoś szczególnie trasy, po prostu pojechałem tam gdzie wszyscy inni zawodnicy, czyli wzdłuż wybrzeża główna droga prowadzącą do Barcelony. Było bardzo dobrze, temperatura idealna około 21 stopni, bezwietrznie i pełne słońce, jechało się idealnie. Mimo wszystko nie chciałem przesadzać dzień przed zawodami i już po godzinie byłem z powrotem w hotelu.

W drugiej części dnia odbiór pakietu startowego, odprawa techniczna i pełen relaks. Na zamoczenie pianki już niestety nie starczyło mi czasu, ale może to nawet lepiej, bo po południu były całkiem spore fale i niepotrzebnie bym się stresował. Wieczorem bardzo sympatyczne pasta party (welcome party), gdzie mieliśmy okazję wziąć udział w krótkiej sesji pytań i odpowiedzi z topowymi Pro. Pierwszy raz miałem okazję zobaczyć na żywo Emme Pallant, Jana Frodeno, Patricka Nilsson’a, Frederica Van Lierde i innych zawodników ze światowej czołówki. To niesamowite uczucie, mieć praktycznie na wyciągniecie ręki osoby, które do tej pory znałem tylko z transmisji telewizyjnych lub newsów i posłuchać jak się wypowiadają i jakie maja wskazówki dla amatorów.

Na koniec dnia ostatnie smsowe słowa otuchy od trenera – “popatrz wstecz na treningi, robota już zrobiona, teraz tylko korzystaj”, bardzo trafna podpowiedź, zgodna zresztą z tym, co mówił Frodeno do debiutantów podczas welcome party. Teraz już tylko pozostało dobrze się wyspać (chociaż w moim przypadku to raczej niemożliwe na dzień przed zawodami), ponieważ strefa zmian otwarta była od 5:30, a start zaplanowano na 7 rano.

Rano było jeszcze dosyć chłodno około 13 stopni, ale na szczęście prawie bezwietrznie.

Temperatura wody wynosiła niecałe 18 stopni 🙂 więc nie było źle. Startowaliśmy w formule rolling start ruszając z bramki oznaczonej naszym deklarowanym czasem ukończenia pływania. Teoretycznie to był fajny pomysł, który miał zapobiec “pralce”. Tyle teorii, w rzeczywistości w wodzie był niesamowity tłok, szczególnie przy bojach nawrotowych, co bardzo mnie wytrącało z rytmu, ale cóż poradzić takie uroki tej zabawy. Płynęło mi się nadzwyczaj szybko i chyba po raz pierwszy wyprzedzałem na pływaniu, a nie byłem wyprzedzany, to miłe uczucie. Dopłynąłem szczęśliwie do T1 z czasem 42 minuty, co było poprawą o 11 minut w stosunku do mojego czasu z Gdyni ubiegłego roku. Oficjalnie odwołuje to co pisałem wcześniej na temat pływania, że nie warto, nie opłaca się, szkoda czasu, itd. Pewnie na wyższym poziomie nie warto, ale na moim jak najbardziej warto pracować nad pływaniem- 11 minut to zdecydowanie dobry zwrot z inwestycji 🙂

Początek roweru to dosyć trudne i ciasne przejazdy po uliczkach Calleli, gdzie zniesiony był zakaz draftiningu, ponieważ nie bardzo mieliśmy możliwość utrzymywania 12 metrów odstępu. Dalej już miało być inaczej, ale po raz kolejny tylko teoretycznie. Chyba niektórzy zawodnicy za bardzo wzięli sobie do serca ten techniczny początek trasy i wydawało im się, że wyjazd z miasta trwa do 50 km trasy. Tak długich pociągów draftujących zawodników jeszcze nigdy nie widziałem. Nie miało znaczenia, czy jesteśmy na podjeździe czy na zjeździe – odstępy między zawodnikami nie przekraczały 4 – 5 metrów maksymalnie. Kiedy rozpoczynałem wyprzedzanie wiedziałem, że będzie to trwało bardzo długo, ponieważ pociągi miały po 10 – 15 zawodników. Jak dla mnie to był najsłabszy element całych zawodów – wystarczyłoby trochę więcej zaangażowania od sędziów i stawka wyglądałaby zupełnie inaczej.

Sama trasa rowerowa była, jak dla mnie bardzo trudna – ponad 1200 metrów przewyższenia, trzy strome podjazdy i oczywiście zjazdy. Szczególnie zjazd z góry od Montseny był bardzo wymagający – ostre zakręty, nawroty, przy trasie skały, a szerokość asfaltu miejscami nie przekraczała 3 metrów. Niestety widziałem po drodze zawodników, którym nie udało się zmieścić w zakrętach. To dodatkowo studziło głowę. Taka trasa to dla mnie bardzo duże wyzwanie – nawet bardziej mentalnie niż fizycznie.

Bieganie już zdecydowanie lepiej, chociaż tutaj upał dawał się mocno we znaki. Powietrze stało w miejscu i mieliśmy 22 stopnie w cieniu, a trasa biegowa była poprowadzona w pełnym słońcu 🙂

Dodatkową trudnością była spora monotonia trasy – 2,5 pętli prawie idealnie prostych bez żadnych zakrętów. Ciągnące się w nieskończoność proste potem nawrót i jeszcze raz to samo. Dookoła krajobraz bardzo przyjemny, z jednej strony morze z drugiej palmy i kibice, ale mimo wszystko bieganie już mi się dłużyło. Może powinienem szybciej biegać 😉 . Dodatkowo od 16tego kilometra to już była prawdziwa walka, aby nie zejść z tempem poniżej 4:50 /km a nie było to łatwe. Trzymała mnie tylko i wyłącznie głowa, nogi po prostu przesuwały się naprzód aż do upragnionej mety. W końcu wbiegłem na czerwony dywan, szpaler kibiców po obu stronach i niesamowita radość z ukończenia z nową życiówką 🙂 !

Podsumowując to był dla mnie bardzo udany start. Czasy poszczególnych elementów:

W sumie 5:38 to o ponad 30 minut szybciej niż przed rokiem w Gdynii, więc już się nie mogę doczekać sierpnia. W przyszłym roku, jeżeli się uda czasowo, na pewno bardzo chętnie wybiorę się na wyjazdowe zawody po raz kolejny.

Ironman 70.3 Barcelona was last modified: May 26th, 2017 by Andrzej

Udostępnij

Leave A Reply

Your email address will not be published.