Zawody w Gdyni to dla mnie wyjątkowe wydarzenie. To tutaj po raz pierwszy pojawiłem się jako kibic w 2015 roku aby zobaczyć o co chodzi w tym całym triathlonie. Oglądając wtedy startujących do pływania zawodników, kosmiczne rowery i wreszcie wysiłek na twarzach na Świętojańskiej obiecałem sobie, że muszę też się tam znaleźć i być częścią tej imprezy. W 2016 można powiedzieć, że to się udało, ale był to zdecydowanie start na ukończenie a nie na czas (lekko ponad 6 godzin).

W tym roku plan był inny – cały okres przygotowawczy solidnie przepracowany, kilka startów kontrolnych i nareszcie 6-tego sierpnia mój start A. Plan minimum to poprawić czas z Barcelony czyli 5:38, plan maksimum to zaatakować 5:15.

W piątek już na trasie z Warszawy można było zauważyć, że coś się będzie działo nad morzem, co kilka minut mijaliśmy samochody z rowerami na dachu i było widać, że to nie są rowery na przejażdżkę po lesie. W samej Gdyni atmosfera jak zawsze fantastyczna, na Świętojańskiej flagi z logo IM, zawodnicy kończą ostatnie przebieżki, czy przejazdy po trasie rowerowej, innymi słowy oczekiwanie na największe zawody triathlonowe w Polsce w pełni.

W sobotę starałem się jak najwięcej odpoczywać, chociaż przy wyjeździe na zawody z dziećmi jest to mało realne 😉 . W planach miałem tylko wykład Rafała Hermanna i Rafała Medaka o filozofii treningu według Trisutto oraz oczywiście wstawienie roweru do sterfy zmian. Przy okazji wykład był bardzo ciekawy i świetnie poprowadzony a samo podejście Bretta Suttona do treningu zdecydowanie do mnie przemawia (szczególnie część pływacka).

Z rowerem pożegnałem się około 18:30 pocieszając się, że co się nie dotrenuje to się dowygląda 🙂 i pełen optymizmu udałem się na pasta party. Tutaj nie do końca rozumiem tę idee pasta party gdzie porcje są racjonowane dla zawodników, ale nie chcę za bardzo narzekać – kto był ten wie.

W niedzielę rano zebraliśmy się z całą drużyną Kuźni o 7:30 na plaży, gdzie czekały na nas ostatnie słowa otuchy i porady od trenera oraz był czas na zmoczenie pianki. Przyznam się szczerze, kompletnie nie miałem ochoty wchodzić do wody. Było chłodno (wtedy około 16 stopni), wiał lekki wiatr i woda była zimna :)… Ok może 19 stopni jak na Bałtyk to super wynik, ale jakoś ciężko było mi się przełamać. Zamoczyłem piankę przez jakieś 3 minuty i to tylko po to aby ją lepiej ułożyć po czym udałem się do swojej strefy startowej. W tym roku w Gdyni, tak jak wcześniej na 5150 Warszawa, mieliśmy rolling start, czyli zawodnicy byli wpuszczani do wody zgodnie z deklarowanym czasem ukończenia pływania, po kilka osób co 10 sekund. W ten sposób unikamy tak zwanej pralki i niepotrzebnego tłoku na pływaniu.

Rolling start to bardzo dobra koncepcja, ale niestety osoby wolniej pływające, takie jak ja, muszą długo czekać na wejście do wody – pierwsi Age Gruperzy wystartowali o 8:10, a ja do wody ruszyłem 8:45, czyli 35 minut stania w piance na brzegu, przy lekkim wietrze i od czasu do czasu padającym delikatnym deszczu. To nie jest najlepszy sposób rozpoczynania zawodów. Coż najprostszy sposób aby to zmienić, to zacząć szybciej pływać, a wtedy będę mógł się przesunąć do wcześniejszych stref czasowych… Mam już pierwsze założenie na przyszły sezon 🙂 Ogólnie pływanie było dosyć proste technicznie, długa prosta potem nawrót w stronę skweru Kościuszki, bez szczególnych emocji – tak jak mój wynik pływania – 45 minut.

Dla mnie ściganie i walka o dobry czas rozpoczęły się po wyjściu z wody.

Od początku zakładałem, że rower pojadę mocno, ale nie na 100%, tak aby zostawić trochę rezerwy na bieg. Początek trasy rowerowej wspominam albo jako same podjazdy, albo jako wiatr prosto w twarz i jakoś ciężko było mi się rozpędzić. Dopiero po 20tym kilometrze udało się rozkręcić i od tej pory trzymałem średnią powyżej 33 km/h. Może taka prędkość nie robi wielkiego wrażenia, ale jak na trasę w Gdyni, wiatr i moje umiejętności to był sukces. Być może tylko tak mi się wydawało, ale raczej na rowerze nikt mnie nie wyprzedzał a ja wyprzedzałem cały czas. To jest oczywiście efekt kiepskiego pływania i nie mam się z czego cieszyć, ale zawsze wyprzedzanie kolejnych zawodników to fajna motywacja. Z roweru zsiadłem bardzo zadowolony 🙂 po 2 godzinach i 41 minutach ze średnią prędkością 33,5 km/h. Teraz wiedziałem, że czas na najważniejszy element zawodów czyli bieg na maksimum z tego co mi pozostało.

Pierwsza 7-mio kilometrowa pętla minęła błyskawicznie i praktycznie bez wysiłku. Na drugiej już zaczęło się robić trudniej, ale tutaj ratowali kibice zarówno moja prywatna drużyna jak i Kuźnia Triathlonu 🙂 . Po minięciu grupy kibicującej miałem zastrzyk pozytywnej energii na następne 2 – 3 kilometry – to naprawdę bardzo pomagało. Legalny doping (kibiców) ratował życie, ale trzecia pętla to już była prawdziwa walka. Nogi miały dosyć, plecy mówiły stop, głowa też szukała sposobu na zatrzymanie reszty ciała, ale tak jak poprzednio wyłączyłem myślenie i skupiałem się tylko na stawianiu kolejnych kroków. W ten właśnie sposób udało mi się ukończyć półmaraton w czasie 1:38:05 czyli tylko 30 sekund gorzej od mojej życiówki w półmaratonie, którą ustanowiłem bez pływania i roweru wcześniej 🙂 .

Ten moment wbiegania na metę, kiedy wiesz, że zrobiłeś tego dnia wszystko jak należy jest absolutnie wyjątkowy. Jak najbardziej rozumiem, że czas 5:11 na połówce Ironman’a na ambitnych amatorach nie zrobi wrażenia, ale dla mnie to jest fajny wynik, który przed zawodami brałbym w ciemno. Co więcej tak trochę nietypowo, przyznam, że nic nie byłem w stanie tego dnia zrobić lepiej i dałem z siebie wszystko co miałem. Miarą efektu końcowego niech będzie porównanie z moim czasem z Gdyni z ubiegłego roku czyli 6:17 🙂

Teraz pora na plany na kolejny sezon i kto wie może nawet uda się urwać minutę albo dwie z tego pływania 🙂

IM 70.3 Gdynia po raz drugi was last modified: August 10th, 2017 by Andrzej

Udostępnij

Leave A Reply

Your email address will not be published.